Blog Outdoorzy.pl
Strona główna » Negev – ziejąca paszcza pustyni

Negev – ziejąca paszcza pustyni

Negev – ziejąca paszcza pustyni.

Pustynia. Odludzie. Żar lejący się z nieba. Sucho. Piach i skały. Spod kamienia pod kamień biegnie skorpion, wystraszony wstrząsem kroków. Małe stado koziorożców nubijskich spokojnie pasie się na zasuszonych krzewach. Gdzieś niedaleko, jak express pustynny przebiega jaszczurka, agama lub anty-grawitacyjny gekon.

Gdzie ja jestem, co tu robię? To myśli z pierwszych kilometrów wydeptanych po skałach i kanionach tego zda się nieprzyjaznego regionu – piekła na ziemi.

Po dalszych kilometrach piekło gdzieś znika. Jest nadal gorąco, ślina zasycha w ustach, gardło się skleja i żąda łyka wody. Pociągam długi łyk i chwilę trzymam go w ustach. Tak długo ile trwają trzy machnięcia skrzydeł wielkiego ptaszyska patrolującego gorącą przestrzeń powietrzną.

Przede mną żmudne podejście korytem suchej rzeki. Jej bezwodne dno zaściela wypłukane gładkie piaszczyste podłoże, a gładkie skalne ściany zdradzają dawno minione wody ulew i nagłych powodzi.

Podchodzę do wodospadu – bez wody… W górę prowadzą dwie drabiny – jedna na sztywnych stalowych rurkach, druga – na stalowych linach. Nieco dalej pokonuję kolejny uskok skalny, tym razem po klamrach. Wreszcie docieram na płaskowyż, z którego podziwiam rozległe widoki na bliższe i dalsze okolice. Widzę głębokie doliny wrzynające się za sprawą wezbranych deszczem potoków, patrzę na góry i wzgórza lśniące złotem wapienno-piaskowcowych kontrastów. Pod stopami mam czerwoną skałę, a pomarańczowe niebo zachodu już daje nieco wytchnienia…
Co krok to jestem na innym ciele niebieskim – Ziemia, Księżyc, Mars… A to tylko pierwszy dzień na pustyni Negev w południowej części Izraela.

Rozkładam biwak. Namiot ma mieć wytrzymałą podłogę. Wszak tu wszędzie ostre kamienie, piach i kłujące rośliny. Skorpionów i węży też na noc nie zaproszę, ale moskitierę zapnę szczelnie. Dobrze, że kopułka jest wolnostojąca, bo szpilki nie chcą wejść w twarde skaliste podłoże. Okładam namiot kamieniami i już w jego zaciszu stawiam wodę na duużą herbatę i coś na kolację.

Już od rana palące słońce odbija swe promienie od srebrnej powłoki namiotu. Chyba tylko dzięki temu nie czuję się jak w piekarniku. Trzeba się szybko zwijać, by południowe godziny poświęcić odpoczynkowi w cieniu nielicznych drzew, bądź pod ścianą wysokiego klifu.

Po kilku dniach kocham wędrowanie po pustyni. W zasadzie piasku pod nogami niewiele, głównie skała i ostre kamienie.

Nie ma dnia bym nie wszedł do kanionu i nie pokonywał urwisk zabezpieczonych czasem klamrami i drabinami. To właśnie rzeki są tu ścieżką wędrowca, choć – o ironio – rzeki suche… Czasem otwiera się przede mną droga 4×4 i pojawia się karawana terenówek. A wtedy zasypują mnie pytaniami: skąd jesteś, gdzie idziesz, masz wodę, potrzebujesz czegoś? A ja właściwie, to oprócz wody której nigdy tu nie mam za wiele, o nic innego nie proszę. I zawsze dostaję, to i nie muszę zbaczać do wiosek.

Czasem spotykam innych wędrowców. I zawsze widzę uśmiech na twarzy i radość wędrowania. A trzeba pamiętać, że teren jest trudny i wymagający, ale dla tubylców to “oczywista oczywistość”. A dla przyjezdnych – atrakcja.

Kolejne dni na szlaku i pod namiotem są nadal wielką przygodą. Nie ma miękkiej gry. Strome zejścia i żmudne podejścia przez kolejne kaniony są hartowaniem się w poskramianiu pustyni. Pustyni innej niż wszystkie, a jednak w wielu aspektach podobnej. Brak wody w naturalnych źródłach jest tym, co każe na ten bezmiar skał i piasku spojrzeć bardzo poważnie i spostrzeżenia te potraktować bardzo rozsądnie. Planować, dźwigać, oszczędzać. Mieć zapas na co najmniej jeden dzień, bo jeśli coś pójdzie nie tak, to deficyt wody może zabić wcześniej niż skręcona noga, pobłądzenie, czy inna niedyspozycja.

Jednak ten właśnie aspekt każe mi się poważnie zastanawiać i rozsądnie planować. Beztroscy wędrowcy nie docierają pieszo do serca pustyni. Odpadają w pierwszym, najpóźniej drugim dniu. Z braku wody, motywacji, atrakcji…

Tam, gdzie wschody i zachody słońca są tak magiczne jak gdybyś patrzył na nie w pomarańczowych okularach, gdzie rzeki płyną bez wody, gdzie w głębokich kanionach ptaki śpiewają gwiżdżącym, przejmującym echem, gdzie woda i trawa są największą nagrodą dla wędrowca, – tam można zostawić cząstkę swego serca. Zapatrzyć się w gwiazdy na czarnym niebie, tak liczne, jak ziarenka piasku na pustyni, jak potomstwo Abrahama…

A gdy nocą w pobliżu zawyje szakal, a przed świtem załopocą ostre skrzydła synogarlic, obudzisz się na dziurawym piaskowcowym płaskowyżu, przemyjesz oczy w dwunastu kroplach wody i powiesz: Shalom! I choć nikt Cię nie usłyszy, ty usłyszysz jak poranny wiatr gwiżdżący w poszarpanych skałach odpowie ci: Shalom…

Chcesz skomentować? Podziel się wrażeniami z lektury :)

1 komentarz

Outdoorowy newsletter