Blog Outdoorzy.pl
Strona główna » Zasypany Beskid Wyspowy

Zasypany Beskid Wyspowy

Są takie góry, które przez lata omijałam jadąc gdzieś dalej. Tak było z Beskidem Niskim w drodze w Bieszczady, i tak było z Beskidem Wyspowym w drodze w Beskid Niski. I właściwie pierwszy raz zatrzymałam się tam dwa lata temu zimą. Ot, potrzebowałam nowego miejsca na kilkudniowy odpoczynek w okresie świątecznym. Wtedy tych kilka dni wystarczyło, by wejść na kilka szczytów i ponarzekać na dziwaczną zimę. Na dole deszcz zamiast śniegu, później zawieja, a dwa dni później odwilż i w efekcie zapadanie się w mokrym śniegu po kolana. Na dokładkę – żadnych widoków ani za pierwszym ani za drugim razem z najwyższego szczytu Beskidu Wyspowego. To wystarczy, by nie planować tam powrotu w bliżej określonej przyszłości.

Aż tu nagle… w styczniu dwa lata później spadł śnieg. Zjawisko o tyle nie powinno być dziwne, gdyby nie spadły ogromne ilości śniegu. Tak ogromne, że w Tatrach ogłoszono lawinową piątkę, a większość szlaków pieszych w Beskidach okazała się niedostępna dla wędrowców. Zupełnie niespodziewanie zdjęcie talerza zupy i deseru w Dobrej Chacie, sprawiły że obrałam za cel weekendowego wyjazdu właśnie Beskid Wyspowy. Nawet jeśli oznaczało to powtórkę znanej już trasy, to był to idealny wybór na krótki odpoczynek od miasta. Sprawdzony adres w Dobrej, znani gospodarze i gwarancja nakarmienia strudzonych wędrowców wystarczyły, by nie szukać dalej. Na dodatek jeszcze prognoza pogody zapowiadała wyż i słoneczną pogodę,
a słońca tej zimy było przecież jak na lekarstwo.

W sobotni poranek dotarliśmy więc do Dobrej i ruszyliśmy z Piotrem na szlak. Mieliśmy powtórzyć trasę sprzed dwóch lat przez Łopień na Mogielicę i jakoś wrócić. Najpierw drogą przez wioskę i obok ostatniego domu z głośno ujadającymi psami (to się nie zmieniło przez dwa lata), zimowy szlak wchodzi w las. Początek nie wróżył kłopotów. Ot, zasypana trasa, z wyraźnie widocznymi śladami jakiegoś turysty. Może nie jest to najpopularniejszy szlak, ale przecież damy radę! Po kilku kilometrach zimowy czarny szlak łączy się z zielonym i w ciągu kilku minut doprowadza na polanę Jaworze, gdzie znajduje się kapliczka i miejsce odpoczynku. Tyle teorii. W praktyce okazało się nie być to takie proste. Ten mało wymagający szczyt o wysokości 961 m n.p.m. przywitał nas zaspami, powalonymi na trasie drzewami i nieprzetartą trasą. Po drodze spotkaliśmy tylko jedną osobę i to na nartach, która szybko pomknęła w kierunku szczytu. Jej ślad jednak wędrowcom na niewiele się zdał, więc zostało nam dzielnie torować szlak, obchodzić powalone drzewa i wykopywać się ze śniegu po zapadnięciu się po uda. Tempo spadło dramatycznie, wizja zejścia z Łopienia, wejścia na Mogielicę i powrotu na kolację o wyznaczonej porze zaczęła się oddalać. Wyglądało na to, że przyjdzie nam podziwiać najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego tylko z daleka.

Stanowczo zbyt późno dotarliśmy na pierwszą polanę i tam co prawda zielony szlak był już przedeptany (czytaj: sądząc po śladach przeszły tędy co najwyżej dwie osoby), ale błękitne niebo i słońce zachęcały do lenistwa. Zamiast więc wędrować dalej rozłożyłam się na polanie, by przyjrzeć z bliska kryształkom śniegu. Okazuje się jednak, że choć z Dobrej Łopień jest mało popularnym celem wędrówek, o tyle z Przełęczy Edwarda Rydza-Śmigłego szlak jest już znacznie częściej uczęszczany. A na przełęczy – prawdziwe tłumy. Głównie samochodów zaparkowanych wzdłuż drogi. Ale ich właściciele zapewne ruszyli na szczyt albo wybrali się na narty biegowe korzystając z dobrze przygotowanych tras. Mamy więc plan ruszyć zielonym szlakiem w stronę szczytu, a później bokiem trasy biegowej dojść do niebieskiego szlaku i wrócić do Jurkowa. Pierwszy odcinek pokonujemy dość szybko, więc przy trasie narciarskiej szybko oceniamy czas, zapas sił i jednomyślnie postanawiamy jednak wejść na górę. Tym bardziej, że wreszcie jest szansa, by coś ze szczytu zobaczyć. Tylko ostatnie kilkaset metrów do szczytu znacznie nas spowolniły, z powodu konieczności pokonywania dodatkowych przeszkód w postaci powalonych drzew.

Łopień i Mogielica podczas jednej wycieczki to nie jest przypadkowy wybór. Jeśli wierzyć podaniom ludowym, Mogielica była żoną wielkoluda Łopienia. A według innej, to tutaj na zbójnickim stole, zbójnicy liczyli swoje łupy. Tej zimy jednak stół zasypało, skarbów spod ziemi wykopać się nie uda, a i my stanęliśmy pewnie metr wyżej niż latem. 1170 metrów n.p.m. zgodnie z pomiarem i jeszcze 20 metrów wieży widokowej. Wieżę jednak tym razem odpuściliśmy – schody były zalodzone, pozostało więc podziwianie jej z innej perspektywy. A na pamiątkę zdjęcie przy tablice na słupie, do którego trzeba było przykucnąć.

Zielony szlak z Przełęczy Edwarda Rydza-Śmigłego i niebieski do Jurkowa to dwie najpopularniejsze drogi na szczyt. Nawet więc po ostatnim, obfitym opadzie śniegu były możliwe do przejścia. Niebieski szlak nawet zdecydowanie w lepszym stanie, wyraźnie ktoś z dołu podjeżdżał skuterem. Droga do Jurkowa minęła nam więc dość szybko i sprawnie już bez brodzenia w głębokim śniegu.

Zadowoleni z pierwszej wycieczki w niedzielny poranek postanawiamy wybrać się na Śnieżnicę i po zejściu do Przełęczy Gruszowiec wejść na Ćwilin i wrócić do Dobrej. Trasę znamy, a sukces z poprzedniego dnia w zimowych warunkach, tylko wyostrzył apetyt. Informacje, że tamtędy o tej porze raczej nikt nie chodzi, tylko nas ucieszyły. Nikt nie chodzi, to dla nas oznacza, że będzie zupełnie pusto. Pusto, cicho i przyjemnie. I przyjemnie jest na początku, co prawda zapadamy się w śniegu lekko zmrożonym na powierzchni, ale kto by się tym przejmował. Im wyżej śniegu jest jednak coraz więcej. Znowu trafiamy na ślady narciarza, który wyraźnie dobrze zna to miejsce bo wręcz idealnie prowadzi nas szlakiem. Niestety, on zapewne wędrował lekko i przyjemnie, my zaczynamy się zapadać. Po łydki, po kolana, po uda. Gdy trafiam na zasypane pod śniegiem drzewo, okazuje się, że mam poważne problemy by wydobyć się na powierzchnię. Śniegu jest mnóstwo. Dramatycznie spada tempo, kolejne metry pokonujemy z wysiłkiem. Śnieżnica pokazała swój pazur. Gdy zadowolony z puchu narciarz zaczyna zjeżdżać zboczem, mnie pozostaje tylko mu zazdrościć. Kopiemy się w śniegu przez kolejne dwa kilometry i już zupełnie poza szlakiem docieramy do głównej drogi. Z Ćwilina tym razem jednak zrezygnowaliśmy.

Beskid Wyspowy nie skradł mojego serca. Wybaczcie wszyscy miłośnicy tych terenów. Szczyty niczym wyspy, dla mnie położone są zbyt blisko cywilizacji. Ale… zimą dla miłośników nart biegowych i backcountry są wręcz wymarzonym celem. Po ostatniej przygodzie z zapadaniem się i wykopywaniem spod śniegu, w końcu trzeba będzie spróbować. Dobra Chata z jej sycącymi zupami i wypożyczalnią sprzętu to zdecydowanie dobry kierunek.

Autorka korzysta ze słońca na Łopieniu 😉

Chcesz skomentować? Podziel się wrażeniami z lektury :)

Joanna Kurek

Podróżniczka, biegaczka, miłośniczka outdooru i prostych rzeczy.

Dodaj komentarz